niedziela, 17 listopada 2013

Rozdział 3

Lynn's POV :

Uchyliłam lekko powieki i spojrzałam na telefon, który leżał na stole. Powoli wstałam z niewygodnej pozycji na łóżku i nacisnęłam zieloną słuchawkę na telefonie.
- Tak?
- Dzień dobry - usłyszałam radosny głos mojego brata.
- Cześć Max.
- Obudziłem cię?
- Nie, nie spałam. Po prostu leżałam - odpowiedziałam oblizując wargi.
- Och, to dobrze - zaśmiał się - spakowana już?
Westchnęłam.
- Nie całkiem. Zostało mi jeszcze kilka ubrań.
- Ale zdążysz?
- Tak zdążę - zaśmiałam się.
- Okej, w takim razie będę na ciebie czekał o.. 15?
- Tak, myślę, że 15 będzie okej.
- To do zobaczenia siostrzyczko.
- Pa.
Po usłyszeniu dźwięku oznaczającego koniec rozmowy odłożyłam z powrotem swój telefon na stolik. Podeszłam do okna i włożyłam ręce do kieszeń moich jeansów. Usnęłam wczoraj w moich ubraniach. Zmrużyłam lekko oczy na słońce. Dzisiaj zapowiadał się ładny dzień.
Cóż, zbyt wiele nie było widać przez kraty w oknie. Jak to w psychiatryku.
Większość osób gdy usłyszy słowo "psychiatryk" od razu myśli o tysiącach psychicznie chorych, opętanych, wyglądających jak trupy ludziach. Nie dziwię im się. Nikt się nawet nie zbliża do tego budynku. Brudne ściany, kraty w oknach, odpadające dachówki.. kto by się tam chciał znaleźć? Tak na prawdę nie jest tutaj aż tak źle.
Owszem, nie skaczę z radości, że muszę tutaj być tak jak chyba każdy z szpitala. Przecież to nie jest ich wina, że tutaj są. Wszyscy myślą, że oni zmyślają te wszystkie problemy z którymi właśnie tutaj są, że tak na prawdę nie słyszą żadnych głosów, nie widzą tych wszystkich paranormalnych rzeczy. To przykre, że zostajesz od razu osądzony. Nikt nie chce poznać twojej własnej historii, nie chce cię wysłuchać, porozmawiać z tobą, wesprzeć cię. Każdy tutaj jest człowiekiem, każdy ma uczucia.
Podstaw się na miejscu któregoś z nas. Tak, mówię "nas". W końcu też tutaj jestem, też jestem traktowana tak jak inni z psychiatryka. Słyszysz albo przeróżne głosy, widzisz paranormalne zjawiska, jesteś zamknięty w sobie, zrobiłeś złą rzecz czy może też rozmawiasz z kimś kto nie istnieje. Masz swoją własną historię. Historię, której nikt nie chce wysłuchać. Każdy cię wyśmiewa. Codziennie słyszysz szepty, wyzwiska i to ciągłe wyśmiewanie się z ciebie.
Tak, śmieją się z ciebie. A ty? Ty jesteś bezsilny. Śmieją się by cię poniżyć, obrazić. Chcą być lepsi od ciebie.
Ci których kochałeś wyśmiewają cię.
Dlaczego?
Bo słyszysz głosy w głowie? Przecież to nie twoja wina.

Zabij głosy.

Tego nie da rady zagłuszyć.
Widzisz różne postacie? Nie ma twojej winy. Przecież nie chcesz tego widzieć. Nie chcesz więcej czuć bólu. Zrobiłbyś wszystko byleby nie czuć.
Nie odzywasz się do nikogo? To też nie twoja wina. Nikt nie zwrócił na ciebie uwagi, nikt nie odezwał się do ciebie. Teraz nagle cię zauważyli? Odezwali cię? A gdzie byli gdy tego najbardziej potrzebowałeś? Nie było ich. Masz prawo zachować milczenie, przecież każde słowo może być użyte przeciwko tobie.
Rozmawiasz z kimś kto nie istnieje? Nie twoja wina. Nikt cię nie chciał wysłuchać. Prosiłeś o rozmowę, odmawiali. W końcu sam wymyśliłeś sobie swojego własnego, fikcyjnego przyjaciela. Przyjaciela, któremu się możesz zwierzyć i wszystko powiedzieć. Kogoś kto cię zawsze wysłucha. Kogoś kto cię nie osądzi. Kogoś kto cię nie wyśmieje.

Znowu głosy.
Znowu szepty.
Znowu uśmiechy.

Ktoś może się uśmiechnąć o raz za dużo.
Nie wytrzymujesz. Robisz - dla innych - okropną rzecz, która wywołuje na twojej twarzy uśmiech.

Zniknęły uśmiechy.
Nie zniknęły głosy.
Jest więcej głosów.
Głosów osób, które zabiłeś.

Dlaczego ja?

"Dlaczego ty? To proste. Śmiałeś się ze mnie, miałeś to czego ja nigdy nie miałem."

Zrobiłeś głupią rzecz? Nie twoja wina. Sami są sobie winni.

Zakładasz maskę. Maska skrywa ból. Ból, który jest w sercu. Sercu, którego nikt nie zna.

Potrząsnęłam lekko głową i oddaliłam się od okna. Zabrałam czyste rurki i biały T-shirt z nadrukiem i poszłam do łazienki. Weszłam do małego pomieszczenia i dołożyłam ubrania na półkę. Rozebrałam się, wzięłam kąpiel i nałożyłam ubrania.
Umyłam zęby i wyszłam z pomieszczenia.
Podeszłam do swojej małej komody i wyciągnęłam z niej moje wszystkie ubrania. Nie było ich dużo. Bardzo rzadko mogłam wyjść z Caroline a gdy już wychodziłam to dosłownie na chwilę. Nie mam zbytnio dużo pieniędzy. Nie mam iPhone'a, markowych ubrań czy pełno toreb z różnymi kosmetykami. Po co mi to?
Tak, wiem fajnie  by było to mieć ale wystarczy mi to co mam.
Nieważne..
Spakowałam wszystkie swoje rzeczy i usiadłam na materacu. Po chwili do środka weszła Caroline.
- Gotowa? - uśmiechnęła się lekko.
- Tak.
- Nie widzę twojego uśmiechu. Nie cieszysz się, że stąd wychodzisz?
- Nie, to nie tak. Po prostu przyzwyczaiłam się już do tego miejsca, do tych ludzi.
- I do Ryan'a ? - poruszyła śmiesznie brwiami.
- Też - zaśmiałam się.
Po chwili mój wzrok powędrował na moje splecione dłonie a z twarzy zszedł uśmiech.
- Będę za tobą tęsknić Caroline.
- Ja za tobą też Lynn.
Dziewczyna podeszła do mnie i mnie przytuliła.
- Odwiedzisz mnie kiedyś? - spytałam.
- Jasne, że tak! Jeszcze mnie będziesz miała dość!
Na moje usta znów wszedł uśmiech.

*3 godziny później*
- Chodź Lynn, Max już jest.
- Idę.
Wstałam z materacu, wzięłam swoją walizkę i wyszłam z pokoju.
Podeszłam pod drzwi od pokoju Ryan'a. Caroline powiedziała coś strażnikowi a ten otworzył drzwi.
- Cześć mała - uśmiechnął się.
- Hej duży - odwzajemniłam uśmiech.
Po chwili Ryan chyba domyślił się dlaczego przyszłam.
- Wychodzisz?
- Tak, ale ty przecież też.
- Za tydzień.
- Będę czekać.
- Mam nadzieję.

Ryan jest dla mnie prawdziwym przyjacielem. O wszystkim mu mówię... dobra, może nie wszystkim. Nie wie dlaczego się tutaj znalazłam. Nie naciska i jestem mu za to bardzo wdzięczna.
- Muszę iść Ryan, Max już na mnie czeka.
- Jasne, rozumiem. Pa - pocałował mnie w policzek - kocham cię.
- Ja ciebie też - lekko się uśmiechnęłam i wyszłam z pokoju.

Skierowałam się razem z Caroline w stronę wyjścia ze szpitala.
Po kilku minutach zauważyłam Maxa. Na mojej twarzy pojawił się gigantyczny uśmiech. Rzuciłam mu się na szyję i mocno przytuliłam. Trwaliśmy w tej pozycji kilka dobrych minut. Z moich oczu wypłynęły łzy.
- Tak bardzo tęskniłem.
- Ja też Max.
Bardzo kocham Maxa. Jako rodzeństwo zawsze utrzymywaliśmy bardzo dobry kontakt.
- Jedziemy już?
- Tak.
Przytuliłam Caroline i wyszłam ze szpitala.

Powitały mnie gorące promienie słońca i lekki wiatr, który rozwiewał moje blond włosy.
Czas zacząć własną, nową historię, bo przecież każdy z nas ma swoją, prawda?

I've turned into someone else...

*
Boże, przepraszam, że tak długo mnie nie było. Kompletnie teraz nie mam czasu :(
Mam nadzieję, że się Ci się podoba :)
Przeczytasz? = Skomentuj! :)
Do następnej
xoxo